Ocena wątku:
  • 1 głosów - średnia: 5
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Ukraina 2021, czyli poCovidowy wyjazd.
#1
    W 2009 roku udał mi się zorganizować wspaniałą ekipę posiadaczy sovietskich zaprzęgów, skupionych wokół forum Remdmotorz  i wyruszyć na Ukrainę, na eksplorację terenów zamieszkałych przez moich przodków. Był to cudowny wyjazd, do którego wielokrotnie wracam  myślami. Udało mi się przy okazji zarazić kilku kolegów z Kielc osobliwościami tych terenów, przez co w kolejnych latach odbyli tam jeszcze kilka wspaniałych podróży.  Wielokrotnie oglądałem na You Tube ich filmy dokumentujące ich wyjazdy na Polesie, Podole i inne rejony.
     Lata mijały, a ja sprzedałem Ruska i zarzekałem się, że już nigdy więcej takiego motocykla nie kupię. Jednak coroczne spotkania z chłopkami z klubu i jazdy zaprzęgami w Boguszewcu, jak też rumakowania u Kazia na Podlasiu spowodowały, że myśl o zakupie radzieckiego zaprzęgu zaczęła ponownie  kiełkować.
    Podobno tylko krowa nie zmienia poglądów i choroba okazała się silniejsza. Zaczęło się poszukiwanie odpowiedniego motocykla. Z uwagi na dość niski budżet, jaki mogłem wstępnie przeznaczyć, postanowiłem rozejrzeć się za Uralem 650, wersja 8.103. W czasach studenckich posiadałem wersję M67 z 1982 i pomimo różnych jego przypadłości, spowodowanych głównie moim brakiem doświadczenia w remontach ruskiej materii, bardzo miło go wspominam. Później posiadałem jeszcze Dniepra MT16 oraz Urala Retro, ale to pierwszy Ural najbardziej pozostał w mojej pamięci.
      A więc pozostało zacząć działać. Brat w międzyczasie zaczął rozglądać się za nowszą wersją Urala 750, więc szukałem też odpowiedniego motocykla dla niego. Aby kupić 750 w nowej wersji pozostawała w zasadzie tylko Europa Zachodnia , gdyż w Polsce wersja taka była w zasadzie nieosiągalna. Udało namierzyć się kilka egzemplarzy, jednak albo cena była za wysoka, albo egzemplarz szybko zmieniał właściciela.
      Pewnego dnia przeglądając ogłoszenia na fejsie udało mi się znaleźć w Koszalinie egzemplarz z 2013 roku, w wersji Yamal i to w cenie bardzo przystępnej. 

[Obrazek: IMG_20210508_155318001b4.jpg]

Dodatkowym plusem było to, że Ural ten został zakupiony u dealera w Olsztynie, czyli tzw. krajowy Big Grin .  Już następnego dnia wspomniany motocykl stał pod wiatą u mnie na działce.
   Ale wróćmy do poszukiwania mojego Urala. Przy okazji poszukiwań 750-ki natrafiliśmy na stronę www.uraldnepr.nl holenderskiego handlarza rosyjskimi zaprzęgami. Udało mi się upatrzyć u niego solo Urala IMZ8.123, z symbolicznym przebiegiem 1200km w dość przyzwoitym stanie. Szybki wyjazd Skodą Octavią Combi i po lekkim demontażu, aby zmieścić go w Skodzie, Ural dotarł  do Polski. 
[Obrazek: image225081.jpg]
Dalsze losy tzn modyfikacje Urala to już temat innego wątku, wróćmy więc do wyjazdu.
     Pierwotnie wyjazd planowany był na rok 2020. Niestety Covidowa sytuacja zweryfikowała plany i dzięki temu pozostało więcej czasu na przygotowanie Urala. Jak mawia Moto Sancho „po cichońku” działałem ze składaniem i jego modyfikacjami. Tak minął rok 2020 i zaczęło się planowanie wyjazdu 2021. Niestety sytuacja epidemiologiczna nie napawała radością i praktycznie do czerwca nie było żadnej decyzji.
     W połowie czerwca zaplanowaliśmy testy Urali na bezdrożach wokół Jezioraka i okolicach Siemian. Sprzęty spisały się obiecująco i zapadła decyzja, że jeżeli będzie możliwość przekroczenia granicy to ruszamy.

[Obrazek: IMG_20210619_14263172ed4.jpg] 
W międzyczasie przyjęliśmy tego mikro chipa, czy co tam Bill Gates miał aplikować, więc chyba można pojechać. W lipcu sprawdzaliśmy na bieżąco sytuacją związaną z przekraczaniem granicy i pojawienie się następującej informacji o warunkach dla osób, które mogą wjechać na terytorium Ukrainy: "..lub dokument potwierdzający odbycie pełnego kursu szczepienia przeciwko COVID-19..." oraz wrócić bez kwarantanny: "...Zwolnienie z kwarantanny dot. osób zaszczepionych na COVID-19...." napełniło nas nadzieją że się uda. Pomimo powyższej informacji do samego końca nie mieliśmy pewności czy pojedziemy, także przygotowanie nie były jakoś silnie napięte i nikomu w zasadzie nie zawracaliśmy głowy, aby nie było roczarowań. Stwierdziliśmy, że jeśli nie przepuszczą nas przez granicę w Dorohusku, to śmigamy w Bieszczady.
No i tak nadszedł dzień wyjazdu.
cdn...

[Obrazek: IMG_20210730_1847486ab09.jpg]
Odpowiedz
#2
Jaki ten świat mały.
Podejmowałem próby remontu tego Yamala w 2013 r. na imprezie u Siedlczanki.
Pękła śruba regulacyjna zaworu.
Co do wyjazdu to szkoda że się nie odezwałeś tak jak się umawialiśmy.
boxer ponad wszystko
Odpowiedz
#3
Jarek do końca tzn do ostatniego dnia nie wiedzieliśmy czy pojedziemy,  ludzie się wykruszali więc nie zawracałem Ci głowy. Urlop dostałem praktycznie rzutem na taśmę, plany urlopowe, jak i reszta miałem w lipcu. Posypuję jednak głowę popiołem i prośba o wybaczenie.
A co do Yamala to trzeba było po zakupie ogarnąć lewy gaźnik i chodzi jak należy do dzisiaj. Ogólnie bardzo przyjemny i bezawaryjny motocykl.
Odpowiedz
#4
Ruszam zatem z Płocka na swoim  IMZ8.123 z wózkiem bocznym z 1991 roku. Z Rólką (IMZ8.103 z 1994) oraz Tomkiem (Ural Yamal z 2013) spotkaliśmy się na stacji benzynowej koło Zakroczymia. Szybka kawka i ruszamy w stronę Lublina.

[Obrazek: IMG_20210801_114950133c8.jpg]

W okolicach Ryk, Rólce kończy się benzyna i zjeżdżamy z drogi ekspresowej na parking przy przydrożnym sklepie. Podczas zjazdu coś zaczęło mi rzęzić i myślę sobie, no to kończy się wyjazd. Nie dość, że człowiek urlopu nie mógł załatwić, to jeszcze teraz wszystko się zesrało!.  Z racji, że do Urala zaadaptowałem alternator z ciągnika MTZ i w zasadzie od montażu nawet nie sprawdzałem mocowania koła zębatego, pierwsze podejrzenie padło na niego. A więc szybka  decyzja  o demontażu i jego sprawdzeniu. Po chwili zdjęty filtr powietrza, wyjęty i sprawdzony alternator, wszystko w najlepszym porządku, ale co było przyczyną zgrzytania?! Po chwili przemyśleń diagnoza - przy expresowej wymianie olejów tuż przed wyjazdem, wlałem za mało oleju do skrzyni, wszak do Dnieprowej wchodzi aż 1,5 litra. Szybka dolewka oleju i krótki tekścik – wszystko w porządku - cicho, jedziemy dalej.
Dalsza droga do Chełma minęła bezproblemowo. Było bardzo gorąco i pomimo przebiegu po wymianie tłoków w granicach 1000km nic złego sienie działo. Po znalezieniu pensjonatu okazało się, że właścicieli nie ma - zapomnieli że telefonicznie rezerwowaliśmy nocleg. Nieważne, szybkie przeszukanie bookinga i lecimy do hotelu o pięknej nazwie „Lwów”. 

[Obrazek: IMG_20210801_2057474a7eb.jpg]

Pani w recepcji przywitała nas bardzo serdecznie. Na pytanie czy da radę przejechać granicę odpowiedziała, że nie wie ale raczej ciężko będzie. No cóż, jak nas cofną ciągniemy na Bieszczady. Była ona jednak tak miła i pomocna, że  zadzwoniła do znajomego celnika, jak wygląda sytuacja z przejazdem granicy i oczekiwaniem. Informacja, że można wyjechać i że jakaś ekipa na motocyklach wracała z Ukrainy zaprawiła nas nadzieją.
Wieczorkiem zaplanowaliśmy szybki wypad na piwko do restauracji hotelowej. Chłodne 50ml i kilka Perełek z przepysznym jedzeniem (barszcz ukraiński, śledzik, goloneczka i przepysznie  przygotowany talerz peklowanej słoniki) napawało nas w końcu optymizmem. W nocy zaczęło porządnie lać, ale taki deszcz to nic w porównaniu z tym co miało nas spotkać później.

[Obrazek: IMG-20210801-WA00123776f.jpg]

[Obrazek: IMG_20210801_20174827ff4.jpg]
Odpowiedz
#5
Zapowiada się coraz ciekawiej. Gratulacje Jacku za odwagę i konsekwencję w realizacji planów.
Odpowiedz
#6
DZIEŃ 2
     Po nocy na bardzo wygodnych łóżkach i obfitym, przepysznym śniadaniu ruszamy na przejście w Dorochusku. Oczywiście już przed startem z hotelu, w stronę granicy wyłączamy transmisję danych, gdyż ukraińskie sieci potrafią przejąć kontrolę nad telefonami podobno jeszcze na terenie Polski, a opłaty za Internet silnie słone tam są.
     Przed granicą na wszelki wypadek wymieniliśmy 200 zł, aby mieś ichniejszą walutę w przypadku poczynienia jakiś opłat granicznych. Na szczęście nic takiego nie okazało się potrzebnym. Chwila oczekiwania na przejście po polskiej strony (sprawdzenie paszportów, dowodów rejestracyjnych) i mostem przejechaliśmy na stronę ukraińską. Tam przywitał nas pogranicznik z kałachem i dał każdemu karteczkę, z wpisanym wcześniej numerem rejestracyjnym i marką pojazdu. Jak się później okazało kartka ta, to bardzo ważna rzecz. Nasze motocykle od razu wzbudziły ciekawość ukraińskich pograniczników, zbiegło się tam ich kilku i co chwila przychodzili nowi. Pytaniom technicznym odnośnie zaprzęgów nie było końca. Oczywiście pojawiło się pytanie, które było powtarzane najczęściej „skid jedecie?” i „gde jedecie?”, a dlaczego na takich sprzętach itd. itp 
     W międzyczasie w pierwszym okienku daliśmy wspomnianą karteczkę (Rólka oczywiście pogniótł ją w oczekiwaniu, przez co został przez pogranicznika pouczony),  paszport, dowód rejestracyjny, ubezpieczenie zdrowotne oraz paszport Polsatu tzn ten Covidovy certyfikat. Wszystko w porządku i przejeżdżamy na kontrolę celną. Dajemy karteczkę i pozostałe dokumenty, i po jakiś 20 minutach info, możecie jechać. Ze wspomnianą karteczką jedziemy do ostatniego szlabanu i oddajemy ją pogranicznikowi. Szlaban otwarty i już jesteśmy na Ukrainie. Cały przejazd granicy polsko ukraińskiej zajął nam około 40min. Z ciekawostek, to na granicy mieli fajną, służbową budę dla sabaki.
      Popędziliśmy w stronę Lubomila i zatrzymaliśmy się na jednej z pierwszych stacji benzynowej na szybką wymiana pieniędzy i tankowanie. Wymieniliśmy po 1000 zł, co okazało się wystarczającą kwotą na cały tydzień podróży „na bohato” po Ukrainie. Kurs wymiany za granicą to 0,147 zł za hrywnę i jest duuuużo lepszy niż w Polsce, gdzie wynosił 0,19. Cena paliwa napawała optymizmem bo oscylowana w granicach 28-31 hrywien, za litr co dawało kwotę na nasze 4,2-4,4 PLN.
      Kasa już jest, paliwo także, więc przybieramy kierunek na północ do miejscowości Szack. Pierwsze spotkanie z drugorzędnymi drogami nie napawa optymizmem. Nadal dziurawe, byle jak połatane, ciągła walka z kierownicą, aby ominąć wyrwy. W dodatku cały czas padało i od strony Szacka był silnie duży ruch, więc jazda po tym asfalcie była niezłą walką. 
Jeśli chodzi o jakość życia, to już na pierwszy rzut oka widać, że przez ostatnie lata Ukraina zmieniła się na lepsze, ale o tym będzie w innym wątku opowiadania.
cdn...
Odpowiedz
#7
Przed Szackiem postanawiamy objechać dookoła jezioro Świteź, przez miejscowość Pulmo.

[Obrazek: IMG_20210802_12025602a33.jpg]

Tomek ruszył wg Garmina na zachód i nawigacja po kilku kilometrach wyprowadziła nas totalnie w las, gdzie miłośnicy off road-u byliby w siódmym niebie. A więc mieliśmy okazję spotkać głębokie kałuże, których nie odważyliśmy się mierzyć kołem motocykla, a jedynie wózka, piaszczyste odcinki dróg, z piachem tak kopnym, że tylko dzięki obitym opadom przejezdnym. Po pewnym czasie nawigacja zwariowała całkowicie i trzeba było skorzystać z wyjścia awaryjnego czyli aplikacji mapy.cz, do której wgrałem sobie wcześniej mapy zachodniej Ukrainy.
Po ustawieniu celu nawigacja każe nam zawracać dobre 5 km, które ujechaliśmy w kierunku białoruskiej granicy. Niemniej jednak, przeszczęśliwi z racji przejechania takich polnych dróg i przepięknych okoliczności kierujemy się do miejscowości Świteź. Tu spore zaskoczenie, gdyż jest to miejsce silnie oblegane przez turystów, z niezłą bazą turystyczną, atrakcjami i różnymi możliwościami, jak mawiają Ukraińcy „oddycha”, czyli wypoczynku. Po krótkiej analizie stwierdzamy, że można by tam kiedyś wynająć pokój w pensjonacie i pobalować kilka dni,  przy okazji włócząc się zaprzęgiem po okolicy. Ceny i jakość usług bardzo przystępne, a wszystko rzut beretem od granicy.

[Obrazek: IMG_20210802_1305008427b.jpg]

Ruszamy więc dalej przez miejscowość Pulmo, w kierunku Szacka.

[Obrazek: IMG_20210802_132738d5db3.jpg]
 
Tu przerwa na zakup arbuza, pomidorów, cebuli w przydrożnym straganie. Obok, przypadkowo znajdował się bar, gdzie zjedliśmy pyszny obiad, podczas którego nie zabrakło ukraińskiego barszczu, którego smak towarzyszył nam do końca wyprawy.

[Obrazek: IMG-20210803-WA0089c5c24.jpg]

[Obrazek: IMG-20210803-WA0087d3184.jpg]


Po pysznym obiedzie ruszamy w kierunku miejscowości Krymno. Pamiętam dobrze, że podczas ostatniej wyprawy znajdował się tam przedwojenny bruk, a połowa drogi była nieutwardzona, choć na mapie zaznaczona na żółto. I jakież zdziwienie, gdy wjeżdżamy na wspomnianą drogę a tam piękny, równy asfalcik, świeżo co położony. Jedziemy sobie spokojnym tempem delektując się pięknem poleskiej, nieskalanej cywilizacją przyrody. 

[Obrazek: IMG_20210802_152511086b6.jpg]
[Obrazek: IMG_20210802_155927eabf6.jpg]

W wioskach mijamy stada krów i ich pasterzy, czasami mamy wrażenie, że krowy chcą nas choć powąchać i zapytać skąd jedziecie.
Kierujemy się następnie na  Kamień Koszyrski i tu kolejne zaskoczenie. Wszystkie mijane leśnictwa, i będzie to już dalej na całej Ukrainie, są pięknie oznakowane, opisane. Są wyznaczone  miejsca do postoju wyposażone w stoliki i zadaszenia. Wjazdy do dróg pożarowych wyposażone w szlabany - normalnie szok!!! Dodatkowo zainstalowano wiele bilbordów o utrzymaniu czystości, szanowaniu zwierzyny, ostrzeżeń przed ogniem.  Pod tym względem naprawdę trzeba naszych sąsiadów pochwalić. Zatrzymujemy się w jednym z takich miejsc i spotykamy miejscową młodzież spędzającą wolny czas. Jak to w tym wieku, trochę alkoholu, fajki, smartfony i jazdy na chińskich małolitrażowych motocyklach bez kasku, czyli taki standard.
Po krótkim odpoczynku ruszamy dalej do Kamienia Koszyrskiego i miejscowym supermarkecie kupujemy Kozacką Radę, zapas piwa, kiełbaski na ognisko i śniadanie oraz suszone ryby, gdyż uwielbiam ten ukraiński przysmak. Kupiłem suszonego leszcza, jakąś rybę przypominającą doradę , jak się później okazało Bomera (Selena) chaładnowo kopczenia oraz inne  małe rybki, wielkości stynek. 

[Obrazek: IMG_20210802_17433083dc8.jpg]
[Obrazek: IMG-20210803-WA0059ca71f.jpg]

 Na wylocie z miasta idę do Ukraińców siedzących całą rodziną przed domem z prośbą o napełnienie bańki z wodą. Najstarsza babcia bierze kanister i idzie napełniać, a ja rozmawiam z głową rodziny o Ukrainie,  jego kuzynce, która po robotach w Niemczech w czasie wojny osiedliła się w okolicach Zielonej Góry i tam pozostała do śmierci, reszta rodziny mieszka zresztą tam do dzisiaj. Gość mówi, że pracował w Polsce, że u nas dobrze, i że wielu Ukraińców wyjeżdża za chlebem i nawet się u nas osiedla. W międzyczasie babcia przynosi kanister z wodą, mówi, że dobra woda do picia i ruszamy do miejscowości Bronica, w której odbijamy na południe  w kierunku osady wojskowej Skomorocha Małe. Tam właśnie miał gospodarstwo mój pradziad, żołnierz marszałka Piłsudskiego.

[Obrazek: IMG_20210802_1854172ee6b.jpg]
[Obrazek: IMG_20210802_18542638b2b.jpg]
[Obrazek: IMG_20210802_1916249515c.jpg]

I znów wjeżdżamy na off roadowe leśne drogi i po 30 minutach docieramy do miejsca dawnej osady wojskowej. Tym razem lepiej odrobiliśmy lekcję i Tomek dokładnie ustawił lokalizację wg przedwojennych map. Osadę stanowią obecnie tylko rozległe łąki, przecięte wybudowanymi po wojnie kanałami.

[Obrazek: qw2e499.jpg]
[Obrazek: IMG_20210802_20060953499.jpg]

Dojechaliśmy zatem do wykoszonego fragmentu leśnej łąki i postanowiliśmy się tam rozbić. Wyładowaliśmy namioty i przygotowaliśmy miejsce na ognisko, odpowiednio zabezpieczając saperką i siekierą jego otoczenie. Te dwa narzędzia, jak i kanister z wodą jak najbardziej przydają się podczas wschodnich ekspedycji i warto je zainstalować. Następnie Tomek z Rólką pojechali po drewno do lasu i przywieźli na Uralach masę opału.

[Obrazek: IMG_20210802_202857012db.jpg]
[Obrazek: IMG_20210802_202853a96fe.jpg]
[Obrazek: IMG-20210803-WA00566e46e.jpg]

Wydawało się nam , że jesteśmy w środku nicości, takiej dziurze, że tylko dziki mogą nas odwiedzić. Jakież było nasze zdziwienie, gdy tuż przed zmierzchem usłyszeliśmy parkotanie chińskiego motorka i pojawił się gość w jakimś mundurze. Przyznam się, że trochę zestresowała mnie ta sytuacja, tym bardziej, że gość zrobił jeszcze zdjęcie Rólkowego Urala z tablicą rejestracyjną.
Dopiero po krótkiej rozmowie okazało się, że pracuje chyba w służbie leśnej. Zapytaliśmy czy możemy tu biwakować  i powiedział, że nie ma problemu i życzył nam spokojnego „oddycha”. Przy okazji porozmawialiśmy o wojnie z Ruskimi i mówił jak to młode chłopaki podpisują kontrakty i idą do Armii na wojną do Ługańska i Doniecka. Poza tym okazało się , że dogląda on w okolicy specjalną hodowlę dzików, której to zdjęcia pokazał nam w telefonie. Oglądając jego zdjęcia w telefonie, a właściwie to szukając fotek tych dzików, trochę się uspokoiłem, gdyż doszedłem do wniosku, że gość zrobił zdjęcie tablicy, bo nikt nie uwierzyłby mu nikt, że Polacy byli w tym miejscu zaprzęgami. Pożyczył nam „szczastliwoj” i pojechał zrobić jeszcze rundkę po lesie.  A przy okazji dodał, że w nocy mogą podejść dziki z okolicznych lasów. Aby wyeliminować stres polaliśmy po Kozackiej Radzie i zabraliśmy się za przygotowanie ogniska i ukraińskiej kiełbasy, która choć dziwnie wyglądająca okazała się bardzo smaczna. Posiedzieliśmy w tym magicznym miejscu do późnej nocy i zmęczeni udaliśmy się na spoczynek. 

[Obrazek: IMG_20210802_192542660b1.jpg]
[Obrazek: IMG_20210802_21294022e01.jpg]
[Obrazek: IMG-20210803-WA00775e291.jpg]

Noc, choć chłodna minęła nam spokojnie.

[Obrazek: IMG_20210803_054136c1b5c.jpg]

cdn....
Odpowiedz
#8
DZIEŃ 3
Tradycyjnie, wstałem jako pierwszy z ekipy, dość wcześnie, bo około 5 rano. 

[Obrazek: IMG_20210803_054136a84c1.jpg]
[Obrazek: IMG_20210803_072916c9d70.jpg]
[Obrazek: IMG-20210803-WA0083eab06.jpg]
[Obrazek: IMG_20210803_072848432f2.jpg]

Po wyjściu z namiotu zobaczyłem, że mamy towarzystwo. Nie były to jednak dziki, lecz dziewięć bocianów przyglądających się nam z ciekawością z odległości około 100 metrów. 

[Obrazek: IMG_20210803_055035902a7.jpg]
[Obrazek: IMG_20210803_055013ea8e7.jpg]

Nie pozostało mi nic innego jak sprzątnąć pobojowisko po wczorajszym ognisku i zabrać się za robienie śniadania dla moich towarzyszy wędrówki. A dodać należy w kwestii uzupełnienia, że kupiona wczoraj karta telefoniczna i ruter nie zadziałał, gdyż odcięci byliśmy od zasięgu sieci telefonicznej.
Około 6 przejechał w pobliżu jakiś ciągnik chińskiej produkcji, jak się później okazało. Na śniadania przygotowałem kanapki z pasztetem, ukraińskie parówki i pomidory z cebulką. 

[Obrazek: IMG-20210803-WA0085d4548.jpg]

Około 7 towarzysze podróży wstali, dość przemęczeni osiągając niezłe wyniki na testach klubowym miernikiem. Po toalecie porannej z kanisterka zamocowanego przy moim Uralu i dodatkowych czynnościach w pobliskim wykopie kanału, zabraliśmy się za śniadanie.  Sute śniadanie i kawka z kuchenki turystycznej podniosła moich towarzyszy na nogi. Podczas posiłku zauważyliśmy z oddali nadjeżdżający wóz, ciągnięty przez jednego konia. Właścicielka po tym , jak ujrzała nasze obozowisko wyraźnie przyśpieszyła i czym prędzej oddaliła się w kierunku najbliższego lasu.

[Obrazek: IMG_20210803_084346cb8e9.jpg]

Obozowisko zostało spakowane, aby nie pozostał po nas żaden ślad i udaliśmy się na objazd pobliskich lasów. I tu zaczął się prawdziwy off road. Polne drogi wypełnione błotem i koleiny stanowiły nie lada przeszkodę. Trzeba było wykazać się niezłą techniką, aby je pokonać. Chwila nieuwagi i Rólka „usiadł” w koleinach swoim Uralem. Ale dla trzech rosłych chłopów wypchnięcie Urala nie stanowiło większego problemu.

[Obrazek: IMG_20210803_0923375a146.jpg]
[Obrazek: IMG_20210803_092249f3de0.jpg]
[Obrazek: IMG_20210803_0922312529e.jpg]


 Ruszyliśmy dalej w kierunku Hołobów Małych i po chwili znaleźliśmy stare drzewa  pod którymi nocowałem z kompaniją w 2009 roku.
Wtedy myślałem, że jest to miejsce gdzie znajdowała się osada wojskowa Skomorocha Małe, ale teraz już wiedziałem, że tam była leśniczówka, a właściwa osada znajdowała się w miejscu naszego biwaku. Miejsce było zupełnie nie do poznania. Las, który je otaczał od zachodu został wycięty.

[Obrazek: IMG_20210803_092910aeab9.jpg]
[Obrazek: IMG_20210803_092901fa2b4.jpg]
[Obrazek: IMG_20210803_092924110cb.jpg]

 Ruszyliśmy więc w stronę Hołobów Małych i po jakiś 30 minutach solidnego offroadu znów znaleźliśmy się przy wspomnianych starych drzewach. Zapadła decyzja, że już nie brniemy w stronę Hołobów , tylko jedziemy do Huty Borowieńskiej. A więc cofnęliśmy się w miejsce biwaku i mostkiem ruszyliśmy na południe, dumni z siebie, gdyż błota na motocyklach były już całe kilogramy.

[Obrazek: IMG-20210817-WA001424f1c.jpg]
[Obrazek: IMG-20210817-WA0015d912a.jpg]


Po drodze spotkaliśmy stado krów i dwójkę pasterzy, małżeństwo. Potwierdzili oni, że miejsce w którym spaliśmy to rzeczywiście nieistniejąca wioska Skomorocha Małe. Dalsza trasa do Huty Borowieńskiej wiodła po drodze dla krów. Minęliśmy kilka kobiet pracujących przy warzywach, używających sierpów , kilka kobiet na wozach zaprzężonych w jednego konia i po dość długiej jeździe dotarliśmy do Huty Borowieńskiej. Oczywiście w okolicy nie brakowało narzędzi rolniczych z poprzedniego stulecia. Dla niewtajemniczonych dodam, że do niedawna kwitł import z Polski kopaczek, kosiarek, zgrabiarek i przetrząsaczy konnych. Tam znalazły one swoje miejsce.
Drogi na Polesiu czasami przypominają spleciony warkocz. Pomimo, że jest to w zasadzie jedna droga do wsi, tworzy je kilka odnóg zmierzających do tego samego celu. Każdy wybiera sobie najłatwiejszą, czy tam najatrakcyjniejszą. Mi i Rólce udało się przebić przez solidne piach przed wsią Huta Borowieńska, a Tomek wybrał drogę z najgłębszym piachem i pomimo posiadania, jako jedyny napędu, musieliśmy pomóc mu wydostać się z opresji. Po chwili odsapnięcia po walce ruszyliśmy przez wspomnianą wieś. Dla mnie nie było to szokiem, ale Rólka i Tomek spoglądali na domostwa jak wryci. Po przejechaniu stwierdzili „autorytatywnie”, że skansen w Sierpcu przy tym to jak Sheraton. Wieś wyglądała jak z lat 40-tych zeszłego stulecia. Wszędzie dominowały drewniane domy, stanowiące czasami jedność z oborą i stodołą, wszystko z drewna. Dało się zauważyć też chatki o których wspominała moja babcia. Składały się one z jednej izby, a zamieszkiwała je cała biedna ukraińska rodzina. Zaznaczyć w tym miejscu należy, że pojawiają się tam i nowe murowane domy, lecz jest to efekt ostatnich 5-10 lat istnienia. Świadczyć może o tym totalnie rozjeżdżona droga przez ciężarówki dostarczające materiały budowlane droga z Helenina nad Stochodem. Aby ją pokonać jeździliśmy to lewą, to prawą stroną omijając głębokie wyrwy i doły. W lasach mogliśmy zauważyć furmanki i pracowitych drwali „szykujących” opał na zimę. Zmęczeni dojechaliśmy do Helenina. Tam już rozciąga się Stochod, co w tłumaczeniu z ukraińskiego znaczy warkocz. Rzeka nie ma jednego koryta,  tylko wije się pośród łąk, niczym poleskie drogi o których wspomniałem wcześniej. Rzeka jest przepiękna i stanowi nie lada gratkę dla miłośników kajakarstwa, zaczynają tam przyjeżdżać z Polski miłośnicy tej aktywności.
Dalej ruszyliśmy na południe w kierunku wsi Borowno. Droga wiodła już dość przyzwoitym, oczywiście jak na warunki ukraińskie, asfaltem. Za wsią zatrzymaliśmy się na drugie śniadanie na mostku nad rzeką Łąkiewką.

[Obrazek: IMG_20210803_111135a864e.jpg]
[Obrazek: IMG-20210803-WA002888679.jpg]
[Obrazek: IMG-20210803-WA0022d51f5.jpg]
 [Obrazek: IMG-20210803-WA002660b2b.jpg]
[Obrazek: IMG-20210803-WA00244365a.jpg]
[Obrazek: IMG_20210803_1056417fd78.jpg]


I tu zaczęły się znów kluczenia jeną z dzisieciu dróg,  prowadzących w jedno miejsce. Nie da się tego opisać, to trzeba przeżyć. W pewnym miejscu już nawet pytaliśmy miejscowego na chińskim motorku czy dobrze jedziemy w kierunku następnej wsi Obzyr Duży, który to był następnym celem naszej wprawy.  

[Obrazek: IMG_20210803_111131bef34.jpg]

Wygląd wsi ktrą zobaczyliśmy rzucił nas na kolana, Huta Borowieńska to była już nowoczesność przy tym.  Architektura znów lata 40te zeszłego stulecia, widać że ludzie w większości utrzymywali się z tego, co dawała rzeka i las. Nasz przyjaciel Paweł z małżonką, oboje miłośnicy historii i zabytków spędzili by tam zapewne cały dzień dokumentując drewnianą zabytkową architekturę. Nie bardzo chcieliśmy robić zdjęcia tych domostw, aby nie wprowadzać w zakłopotanie właścicieli. Zawsze staraliśmy zwracać bardziej uwagę na piękno otaczającej nas przyrody. Aby ukazać piękno tych terenów i ukazać Wam miejsca odwiedzane przez nas proponuję obejrzeć poniższy film znaleziony na YT:


We wsi tej udało nam się zauważyć kobietę idącą z reklamówka zgadnijcie z jakim napisem? Zgadza się z Biedronki! Silnie nas to ubawiło, ale ciągnęliśmy dalej. I tu zdarzyła się chyba jedyna poważna awaria w  naszych sprzętach, tzn pękła mi linka sprzęgła. Zatrzymaliśmy się pod koniec wsi i zabrałem się za wymianę. Rólka zaoferował mi swoją uralowską. Z racji, iż u mnie dnieprowa skrzynia to końcówka trochę inna, wyjąłem więc zestaw naprawczy, wymieniłem cięgno i zacisnąłem zaciskiem. Niestety nie mieliśmy pilniczka iglaczka, co było błędem i nadmiarową długość cięgna musiałem zamotać na odciągu wózka. 

[Obrazek: IMG_20210803_12072400bbd.jpg]
[Obrazek: IMG-20210803-WA00329f753.jpg]
[Obrazek: IMG-20210803-WA001943721.jpg]
[Obrazek: IMG-20210803-WA0029b2206.jpg]
[Obrazek: IMG_20210803_120842d95f1.jpg]
[Obrazek: IMG_20210803_1208535fa09.jpg]

W tym czasie Rólka przygotował pyszną kawę i po jej spożyciu ruszyliśmy dalej.

[Obrazek: IMG-20210803-WA0033f80f6.jpg]


 W kwestii uzupełniania dodać należy, iż nieopodal znajdował się kanał do przeglądu podwozia samochodów i mały tartak.
Dalej trasa wiodła przez 3 mostki na Stochodzie do Obzyra Małego, po jego wschodniej stronie rzeki. 

[Obrazek: IMG_20210803_123056c5907.jpg]
[Obrazek: IMG-20210803-WA001423471.jpg]
[Obrazek: IMG-20210803-WA00344e1a2.jpg]

Ku naszemu zaskoczeniu dalej, drogę do nowej Rudy stanowił dość znośny asfalt z lat 70tych, chyba dla jakiś celów wojskowych. W środku tej nicości, gdzie nawigacja szwankowała przydała się karta czyli mapa i pomoc napotkanych elektryków, jak dojechać do drogi na Kowel - Kijów.  Po wskazaniu kierunku ruszyliśmy naprawioną drogą na południe, a droga ta była świeżo po naprawie. Naprawa polegała na wysypaniu drogi jakąś kruszoną skałą, co stanowiło nie lada przeprawę dla naszych motocykli i skutecznie ograniczało ich prędkość. Dojeżdżaliśmy do kolejnych wsi, z nadzieją na jakąś poprawę drogi, lecz było coraz gorzej, a od wsi Trojanowka  do drogi głównej E373 na Kijów był to już zupełny hadcor. Musieliśmy zatem zatrzymać się,  gdyż ręce nie dawały już rady utrzymać kierownicy.

[Obrazek: IMG_20210803_132909c8fd4.jpg]
[Obrazek: IMG-20210803-WA00171c8ff.jpg]
[Obrazek: IMG-20210803-WA0013561e5.jpg]
[Obrazek: IMG-20210803-WA00056a86b.jpg]

 W końcu dojechaliśmy do wspomnianej drogi głównej. Przed wjazdem na nią Rólka zwrócił uwagę na przestrzelony kulami z pistoletu znak ustąp pierwszeństwa przejazdu.
Dalej to już lajtowo do stacji  benzynowej w Okonsku. W tym miejscu dodać należy kilka słów o tankowaniu na Ukrainie.

[Obrazek: IMG_20210803_14221280600.jpg]
[Obrazek: IMG_20210803_140326e500c.jpg]
 
Po wjeździe pod dystrybutor, jeżeli nie ma obsługi, należy udać się do budynki i określić: co chcemy tankować, czy za określoną kwotę, czy do pełna i jak chcemy dokonać płatności tzn gotówka czy karta. I dopiero wtedy można próbować. Czasami na stacjach jest obsługa, która przez małe mikrofoniki łączy się z głównym operatorem i podaje wspomniane wcześniej dane. A więc po zatankowaniu i zjedzeniu kanapki ukraińskiej , odgrzewanej w mikrofalówce, obserwacji działań patrolu Policji ruszyliśmy w stronę Krzemieńca. Droga, jak to na Ukrainie nie najlepsza, więc trzeba było się zatrzymać się kilka razy za potrzebą, aby odpocząć i posilić się przydrożnymi śliwkami.

[Obrazek: IMG-20210803-WA0035b2568.jpg]

Popołudniem, po trasie udało nam się znaleźć fajną przydrożną knajpkę i posilić się tam solidnie. Jedzenie pyszne, a barszcz ukraiński tam serwowany to uczta dla mojego podniebienia. Tam też mogliśmy skorzystać z darmowego WI-FI i połączyć się ze światem. 

[Obrazek: IMG_20210803_162038e5677.jpg]

[Obrazek: IMG-20210803-WA00086b649.jpg]
[Obrazek: IMG_20210803_163904586f3.jpg]

Poprzez portal booking namierzyliśmy niedrogi nocleg w Dubnie, a dokładniej w hotelu Dubno, coś koło 100 zł za pokój dla trzech osób. Jedyną niedogodnością, która w zasadzie nam nie przeszkadzała była wspólna łazienka i kibelek na piętrze, ot jak u Ferdka Kiepskiego.  Motocykle znalazły się na strzeżonym parkingu za 10 hrywien, a my udaliśmy się w kierunku dubieńskiego zamku i starówki. Naszą uwagę zwróciły śmieszne figurki imitujące dziecko z plecakiem przed przejściem dla pieszych. Trochę to śmieszne, ale jadąc człowiek zwraca na to uwagę. 

[Obrazek: IMG-20210804-WA0047022a7.jpg]

Tradycyjnie już wieczór spędziliśmy w knajpce z zimną Kozacką Radą, pysznym piwem i pizzą, gdyż obiad zjedliśmy już późnym popołudniem. Oczywiście Rólka i Tomasz nie wrócili tradycyjnie bez piwka w ręku do pokoju. Tak spędziliśmy kolejny dzień.

cdn...
[-] The following 2 users Like jbr's post:
  • mirko, nowoa
Odpowiedz
#9
Ale czad, gratuje udanej wyprawy. Moje wyprawy mają maksymalnie po 150km i jak czytam takie historie jak wasze dostaję apetytu na więcej i więcej
Odpowiedz
#10
Pięknie dziękuję za te miłe słowa. Jak mawia mój serdeczny kolega z Podlasia "Trzeba mieć marzenia, aby je spełniać...". Ruskami da się naprawdę fajnie podróżować, niestety wymagane jest sporo doświadczenia w tej materii i dopracowania maszyn.
Odpowiedz
#11
DZIEŃ 4
Kolejny poranek przywitaliśmy ogólnym zmęczeniem. Jazda po ukraińskich drogach jest dość wymagająca pod względem fizycznym, a zaprzęgami w szczególności. Po pomiarze miernikiem klubowym, prysznicu w „ferdkowej” łazience, czyli jednej na całym hotelowym piętrze, przegryzieniu kanapeczki udaliśmy się do motocykli. Całą noc padało, więc motocykle były dosłownie zalane wodą. Szybkie ubranie się w  deszczaki i ruszyliśmy po zalanych ulicach Dubna na „Zaprawkę”, czyli stację benzynową. Tam tradycyjnie, ja „zaprawiłem” swojego Urala E92 do pełna, a Rólka i Tomasz E95. Co ciekawe było tam też paliwo „europejskie” z Orlenu. Dodatkowo zakupiliśmy po ukraińskim hod dogu z majonezem i ketchupem oraz kawę Americana. Dodać w tym miejscu należy, że nie mają tam dużych czarnych kaw. Jak ktoś chce 420ml to pozostaje tylko cappuccino. 
Po zaprawieniu motocykli i nas samych ruszyliśmy w stronę Krzemieńca. Odżyły wspomnienia, gdy rozpoznałem miejsce, gdzie biwakowaliśmy w roku 2009.
Po przejechaniu centrum miasta zaparkowaliśmy na centralnym parkingu i sprawdziliśmy oleje. Niestety u mnie po lince prędkościomierza naciekło wody do skrzyni i zrobiła się emulsja. Ale takie rzeczy nie przerażają wytrawnych wędrowców. 

[Obrazek: IMG-20210804-WA0023ea4be.jpg]

Postanowiliśmy wjechać na górę zamkową królowej Bony. Podjazd był naprawdę wymagający, po starym stromym, w kilku miejscach rozmytym przez wodę  bruku, czasami trzeba było jechać na I biegu. Gdy dojechaliśmy nie było jeszcze bileterki, ale tuż  po nas nadjechała. Bez biletu wpuściła nas na zamek, informując że możemy zapłacić po powrocie. Obeszliśmy cały zamek, a raczej jego pozostałości. Z zamkowej góry rozciąga się wspaniały widok na miasto jak i okolicę. Przy dobrej pogodzie, a taka była, widać nawet Ławrę Podczajowską.

[Obrazek: IMG-20210817-WA002817037.jpg]

[Obrazek: IMG-20210804-WA0029dbe34.jpg]

[Obrazek: IMG-20210804-WA00284c8c3.jpg]

[Obrazek: IMG-20210804-WA003014c3f.jpg]

[Obrazek: IMG-20210804-WA0026413de.jpg]
 Po powrocie ze zwiedzania przesympatyczna pani bileterka opowiedziała nam o zabytkach Krzemieńca tzn. kolegium Jezuitów, muzeum Juliusza Słowackiego i wielu innych, które wskazała nam w przekazanym nam przewodniku. Przyznam się, że nie wiedziałem że ten nasz Wieszcz Narodowy urodził się w Krzemieńcu. Trochę wstyd… Później porozmawialiśmy z napotkanymi turystami ukraińskimi na temat sytuacji w ich kraju, życiu, pracy i ruszyliśmy stromym zjazdem w kierunku miasta. Chłopakom, tzn Rólce i Tomkowi najbardziej spodobały się stare radziecki ciężarówki marki ZIŁ wyposażone w butle LNG czyli napędzane gazem ziemnym. Można spotkać je praktycznie na całej Ukrainie. Wożą wszystko od śmieci począwszy, poprzez ziarno, drewno, arbuzy i co tam jeszcze można wymyśleć. Butle na gaz ziemny montowane są w najróżniejszych miejscach, za kabiną, pod ramą, na dachu i gdzie tam sobie kto wymyśli.

[Obrazek: IMG-20210805-WA0064f7dd1.jpg]

Z zamku udaliśmy się na stację benzynową w celu zakupu oleju transmisyjnego. Dwie butelki zostały zakupione, a Tomasz i Rólka przyswoili „marożenoje” czyli po lodziku i ruszyliśmy dalej w kierunku Wiśniowca. Po drodze skręciliśmy w pole kukurydzy na serwis olejowy. Zjechałem tam jako pierwszy i zauważyłem w kukurydzy sukę ze szczeniakami. Suka schowała się w roślinach, a szczeniaki otoczyły nas z każdej strony. Rozdałem zatem napotkanym 4 szczeniakom suszone małe rybki, które zaczęły ochoczo żuć. Ale wujek Rólka był bardziej  wylewny i otworzył polską konserwę z Biedronki i zaczął szczeniaczki karmić, jadły mu dosłownie z ręki. I stąd przewodnie hasło wyjazdu : „Daj żryć psoju…”

[Obrazek: IMG-20210804-WA0015595ec.jpg]

[Obrazek: IMG-20210804-WA0036f9360.jpg]

[Obrazek: IMG-20210804-WA003449a20.jpg]


Ja przez ten czas wymieniłem olej i zasilikonowałem linkę napędu prędkościomierza, aby wyeliminować przyczynę powstawania emulsji. Szczeniaczki ze smutkiem pożegnaliśmy i odjechaliśmy w kierunku Wiśniowca.
Drogi pomiędzy Dubnem, Krzemieńcem, Wiśniowcem, Zbarażem są naprawione i jeździ się po nich całkiem przyzwoicie, aczkolwiek zawsze jest szansa, że pojawi się jakaś jama, czyli dziura. Następnym celem naszej wyprawy był Wiśniowiec, czyli gniazdo rodzinne naszego bohatera Jaremy Wiśniowieckiego. W tym miejscu muszę przyznać, że miasteczko przez ostatnie lata stało się wyraźnie  bogatsze i ładniejsze. Są lepsze drogi, uporządkowany park, kwiaty na skwerach i widać sporo innych drobnych inwestycji. Niebo, a ziemia jeśli chodzi o wygląd sprzed 12 lat.
 Udaliśmy się następnie na zwiedzanie rezydencji i parku. Byliśmy pod wrażeniem ogromu pałacu i parku. Trzeba przyznać że Ukraińcy „odrobili lekcje” i pałac zarówno wewnątrz, jak i z  zewnątrz staje się coraz piękniejszy. 

[Obrazek: IMG-20210817-WA002009ccd.jpg]

[Obrazek: IMG-20210804-WA0038d6d2e.jpg]

[Obrazek: IMG-20210817-WA0033d196b.jpg]

Po zwiedzeniu pałacu udaliśmy się wzdłuż rzeki Horyń  do zrujnowanego, porośniętego, a raczej rozsadzanego przez korzenie drzew polskiego kościoła pod wezwaniem św. Stanisława. Przykry widok opuszczonego, zrujnowanego, będącego kiedyś magazynem zboża kościoła zapadł nam głęboko w pamięć.

[Obrazek: IMG-20210804-WA0043c1f8c.jpg]

[Obrazek: IMG-20210804-WA004462963.jpg]

[Obrazek: IMG-20210804-WA004574591.md.jpg]

Następnie udaliśmy się w kierunku Zbaraża. Na wjeździe do miasta zatrzymaliśmy się w barze na obiad. Podczas jego spożywania stwierdziliśmy, że z racji braku czasu tniemy dalej w kierunku Łoszniowa, czyli miejsca urodzenia i dzieciństwa mojego dziadka. W międzyczasie podjechał patrol drogowy Policji na posiłek i z ciekawością oglądał nasze sprzęty. Zamieniliśmy z nimi kilka słów i ruszyliśmy na Tarnopol. W tym miejscu należy zaznaczyć, że nie mieliśmy żadnych, podkreślam żadnych negatywnych zdarzeń z Policją, a wręcz przeciwnie. W większości służą tam już młodzi ludzie, którym chyba zależy na pracy i rozmienione na „wziątki” dollary nie znalazły zastosowania. Zresztą Policja kontroluje tam w większości ciężarowe samochody, gdyż one najbardziej niszczą drogi.
Przejazd przez Tarnopol nie był łatwy, gdyż panują tam wszechobecne roboty drogowe związane z budową obwodnicy. W żarze lejącym się z nieba przejechaliśmy to miasto i udaliśmy się do Łoszniowa. Tam odwiedziliśmy kościół, w którym był chrzczony, jak i przyjmował komunię mój dziadek, mam zresztą dwa zdjęcia z tamtego miejsca, z roku 1932.  

[Obrazek: IMG-20210804-WA006041d73.md.jpg]

[Obrazek: IMG-20210817-WA0036bb861.jpg]

[Obrazek: IMG-20210804-WA0056acd6f.md.jpg]

[Obrazek: IMG-20210804-WA00588cdda.md.jpg]


Następnie udaliśmy się na cmentarz łoszniowski. W ramach akcji „Mogiłę pradziada ocal od zapomnienia” część grobów została oczyszczona. Znaleźliśmy nawet grób rodziny Skorupskich czyli rodziny ze strony mojej mamy. Ogólnie jednak cmentarz jest dość zapuszczony, nawet w części ukraińskiej.

[Obrazek: IMG-20210804-WA0179e5c34.md.jpg]

[Obrazek: IMG-20210804-WA0176fa93b.md.jpg]

Z góry cmentarnej zjechaliśmy poprzez wioskę i spotkałem kobiety idące wzdłuż drogi głównej. Zapytałem tam o syna brata mojej prababci - Pasiekę, który pozostał tam po wojnie i pracował jako weterynarz w kołchozie. Powiedziały że znały i że zmarł około 10 lat temu, a jego rodzina wyprowadziła się z Łoszniowa. Wskazały też miejsce gdzie mieszkał. Przyznam, że widok wsi, która przed wojną kwitła, o czym można przeczytać z różnych źródeł historycznych, przygnębił mnie trochę. Postanowiliśmy zatem ruszyć w kierunku Kamieńca Podolskiego. Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy.
Po drodze czekał nas przejazd przez Trębowlę, z majestatycznym zamkiem na wzgórzu. Droga główna w tym mieście to koszmar, jamy tam po pół metra głębokości i osobówką można się zawiesić. Po 20 minutach w korku przejechaliśmy Trębowlę i zaczęliśmy rozglądać się za stacją benzynową. Udało nam się znaleźć , aczkolwiek dość prymitywną.
 Po zatankowaniu chłopaki poszli do baru po wodę mineralną  BORJOMI, którą to Tomasz poznał z blogu Szafy i bardzo polubił. Jak się później okazało woda ta, nie była ukraińska, a gruzińska. Bardzo nam posmakowała i serdecznie ją polecamy. Ja w tym czasie rozmawiałem o wojnie z Rosjanami w Ługańsku i Doniecku. Od Ukraińca padło stwierdzenie, że zabrali im Krym za gaz, którego nie opłacili. Tak czy siak, z Rosjanami mają silne tarcia i z przyjaciół jeszcze kilka lat temu stali się najgorszymi wrogami.
W trakcie rozmowy mój rozmówca zaprowadził mnie na basen, w którym znajdowało się jacuzzi z silnie słoną wodą. Jak się później okazało był to kompleks basenów zasilanych przez jakieś podziemne wody mineralne (bardzo słone), które przypadkowo znaleźli Rosjanie podczas poszukiwania ropy w latach 60tych. Woda wydobywana jest z około 700 metrów głębokości i ma silnie lecznice właściwości. Skorzystaliśmy więc z zaproszenia i za kilka złotych, w przeliczeniu na nasze, skorzystaliśmy z leczniczych kąpieli, sauny i dużego basenu. Co najciekawsze, podczas tych zabiegów zerwała się taka nawałnica, wiatr, ulewa że silnie byliśmy zadowoleni z tego zbiegu okoliczności.
Dla podróżników dodać należy że wszystko miało miejsce w miejscowości Oryszkiewicze, a kompleks nazywał się „Orysyja".

[Obrazek: IMG-20210817-WA0025f7289.jpg]
 
[Obrazek: IMG-20210817-WA003983950.jpg]

[Obrazek: IMG-20210817-WA00418d50c.jpg]

  Zrelaksowani ubraliśmy się jednak w deszczaki, gdyż drogi było mocno zalane wodą. Ruszyliśmy w kierunku Czortkowa i w miasteczku tym obiliśmy w kierunku Skały Podolskiej. I tu spotkało nas oberwanie chmury. Takiej ulewy nie przeżyłem, przez całą swoją karierę motocyklową. Woda lała się z góry, boku , dołu , czy skąd tam jeszcze. Ural Rólki i mój zaczął prychać i kichać co było oznaką przedostawania się wody do gaźników. Bez sensu było dalej jechać. Zobaczyliśmy przydrożny sklep i postanowiliśmy się tam schronić. Ulewa była tak mocna, że sprzedawczyni odganiała miotłą wodę która spływała do sklepu, nie mieszcząc się w rurach odpływowych.


[Obrazek: IMG-20210804-WA00656645d.jpg]

[Obrazek: IMG-20210812-WA0001c9de3.md.jpg]

 Kupiliśmy po kwasie ichniejszej roboty, jakieś przekąski i czekaliśmy aż przejdzie. Po około 30 min ulewa lekko ustała. Wylaliśmy wodę z komór pływakowych i udaliśmy się w dalszą drogę do Kamieńca Podolskiego.
Nie ujechaliśmy daleko, tzn. tylko do miejscowości  Hustyń i dopadło nas kolejne oberwanie chmury, które przeczekaliśmy na przystanku naprzeciw miejscowej cerkiewki. 

[Obrazek: IMG-20210817-WA00560e620.jpg]

W tym miejscu należy wspomnieć o religijności Ukraińców. Trzeba przyznać, że wszystkie Cerkwie, miejsca kultu, krzyże przydrożne są bardzo, ale to bardzo zadbane. Widać mnie dotarła do nic jeszcze tęczowa rewolucja i laicyzacja.
Po przeczekaniu deszczu następnym punktem był zamek w Skale Podolskiej. Rozpościera się z stamtąd wspaniały widok na okolicę. Będąc tam zrozumieliśmy jak lokalizowano twierdze Podola. 

[Obrazek: IMG-20210817-WA0018eeea3.jpg]

Uciekając przed deszczem ruszyliśmy w kierunku Kamieńca Podolskiego. Przejazd po remontowanej już drodze nie był trudny, aczkolwiek znalezienie hotelu Korona (nie mylić z Koronawirusem) nie było łatwe. Znaleźliśmy go jednak po chwili błądzenia, dzięki pomocy okolicznych mieszkańców. Dodatkowo, dzięki uprzejmości właścicielki mogliśmy ustawić nasze motocykle w piwnicy hotelu, nota bene jeszcze nie wyremontowanej, co umożliwiło nam też rozwieszenie deszczaków. Szybkie zameldowanie się w hotelu i już myśleliśmy o piwku. Serwowane w hotelu było dość drogie, więc udaliśmy się w kierunku najbliższej stacji benzynowej. Po drodze znaleźliśmy jednak fajną knajpkę, a tam niestety piwa nie było, gdyż już wyszło. Zamówiliśmy więc Kozacką Radę, ale za chwilę okazało się że jej też nie ma. No cóż, miła kelnerka przyniosła nam miętową wódkę, którą spożyliśmy ze smakiem, zamawiają tradycyjny talerz słoninki i inne wykwintne specjały. Kolaja była naprawdę królewska. Zafarbowane ręce od przemoczonych rękawic udało się domyć po dwu dniach.

[Obrazek: IMG-20210817-WA0045e9f9b.md.jpg]

[Obrazek: IMG-20210804-WA00715ce90.md.jpg]

Po powrocie do hotelu moi towarzysze  musieli zabrać tradycyjnie po piwku do łóżka i położyliśmy się spać, po chyba jednym najbardziej ekscytującym i kilometrowo najdłuższym dniu.
CDN...
Odpowiedz
#12
Ile kilometrów dziennie pokonywaliście i z jakimi prędkościami?
Odpowiedz
#13
Różnie bywało.  
  • Ostatni dzień to 500km z prędkością około 90km, czasami nawet 100km/h (według GPS) na drodze S7.
  • Pierwszy dzień 400km z prędkością przelotową 70-80km/h. 
  • Na Ukrainie różnie bywało,  nie ustalaliśmy jakoś celów, ale max to 280km i prędkości uzależnione od dróg, czasami to i 15km/h. Na Polesiu Wołyńskim, w piachach, błotach to raczej chodziło o to, aby w ogóle to pokonać.
Odpowiedz
#14
DZIEŃ 5
     Poranek przywitał nas mgłą i ogólnie deszczową aurą. Zeszliśmy na śniadanie, które stanowiły jajka sadzone z pomidorkiem. Trzeba przyznać, że śniadania na Ukrainie mają raczej lekkie i mało urozmaicone.

[Obrazek: IMG-20210817-WA0049d213b.jpg]
 
     Posileni, zeszliśmy do podziemnego garażu – piwnicy wyciągnąć nasze motocykle i ruszyliśmy w kierunku Kamieńca Podolskiego. Dość ekscytująco wypadł przejazd przez most , na którym asfalt nie był pierwszego sortu i wyryte były w nim głębokie na pół metra koleiny. Na osłodę pozostał widok pięknej doliny rzeki Smotrycz, z miastem rozciągającym się na wysokiej skale. Trochę błądzenia bocznymi uliczkami i znaleźliśmy się na Starym Mieście. Mnóstwo zabytków, w dość dobrym stanie bardzo nas zaskoczyło. Tam też zobaczyliśmy jedynego Dniepra z wózkiem przez cały nasz tygodniowy wyjazd. Był to MT11 pomalowany na żółto. Stał sobie w parku w oczekiwaniu na turystów, których to zapewne zawodowo woził. Oprócz Dniepra był jeszcze inny, elektryczny, dość duży pojazd z przeznaczeniem dla turystów oraz dwa duże żółte transportery wojskowe przerobione na pojazdy do obsługi turystów.
     Przed wjazdem  na zamek, a w zasadzie na most zamkowy, była budka z poborem opłat. Pracująca tam pani, po ujrzeniu z kim ma do czynienia machnęła tylko ręką i kazała jechać. Dojechaliśmy przed most zamkowy i zaparkowaliśmy motocykle, aby zrobić kilka zdjęć z murów obronnych  i popodziwiać zarówno panoramę przepięknego zamku, jak i widok rozciągający się hen po horyzont.

[Obrazek: IMG-20210817-WA00303746b.jpg]

[Obrazek: IMG-20210817-WA004632882.jpg]

[Obrazek: IMG-20210817-WA0062261ef.jpg]

[Obrazek: IMG-20210817-WA00578e6f4.jpg]

     Według popularnej anegdoty kiedy w 1621 roku pod twierdzę tą podeszły wojska tureckie zszokowany Sułtan zapytał: "Kto zbudował taki zamek?". "Ponoć sam Allah" odpowiedzieli podwładni. "To niech Allah go sobie zdobywa" rzucił Osman II chcąc zachować twarz. Jednak już w czasie wojny 1672 roku szczupłe i źle dowodzone wojska polskie poddały zamek. W akcie desperacji (lub przez przypadek) wysadzono w powietrze prochownię. Wybuch doprowadził do śmierci komendanta zamku Jerzego Wołodyjowskiego.
    Po zrobieniu pamiątkowych fotek udaliśmy się motocyklami przez most zamkowy i zaparkowaliśmy je tuż pod murami zamku. Byliśmy tam jako jedni z pierwszych i po zakupieniu biletów udaliśmy się na zwiedzanie. Zamek robi ogromne rażenie, zarówno z zewnątrz jak i wewnątrz. Jest masę pomieszczeń, a w zasadzie piwnic z wyposażeniem, do zwiedzania. Najbardziej spodobały nam się lochy, gdzie zgromadzone były urządzenia do tortur, jak i ryciny przedstawiające techniki stosowania tych narzędzi. Okrucieństwo tamtych czasów wywarło na nas duże wrażenie. Dobrze że żyjemy w erze poszanowania życia każdego człowieka. Później udaliśmy się do zbrojowni, na wieże i kilku innych pomieszczeń.

[Obrazek: IMG-20210817-WA0060dc5bd.jpg]

[Obrazek: IMG-20210817-WA006171068.jpg]

[Obrazek: IMG-20210817-WA00597b0e5.jpg]

[Obrazek: IMG-20210806-WA0016de545.jpg]
[Obrazek: IMG-20210806-WA002079845.jpg]
[Obrazek: IMG-20210806-WA0026e4297.jpg]

[Obrazek: IMG-20210806-WA0021bed63.jpg]

[Obrazek: IMG-20210806-WA00191bebd.jpg]

[Obrazek: IMG-20210806-WA0014334c3.jpg]

[Obrazek: IMG-20210806-WA00159a172.jpg]

    W zamku znajduje się też piekarnia średniowieczna oraz kuchnia, gdzie przyrządzane są posiłki według średniowiecznych receptur. Polecam spróbowanie tych specjałów.
    Po zakupieniu pamiątek w zamkowym straganiku udaliśmy się do motocykli i ruszyliśmy w kierunku Chocimia. Aby dojechać do zamku musieliśmy przejechać most na Dniestrze. Sama rzeka, jak i jej rozległa dolina robi niesamowite wrażenie.

[Obrazek: IMG-20210805-WA0049a5daa.jpg]

     Gdy już w samym Chocimiu powoli zbliżaliśmy się do zamku, według tablic informacyjnych, moją uwagę, z racji zawodu,  przykuły zewnętrzne sieci gazowe gazu ziemnego zasilające budynki. Orurowanie to wydawało się być wykonane po jakiejś orgii alkoholowej, bez żadnego ładu i składu. Rurki biegły nad ogrodzeniami i dochodziły do domów tak, jak komuś pasowało. Jak ktoś oglądał film Alternatywy 4, to pamięta zapewne rurki u docenta Furmana. Niezłym wyzwaniem dla projektantów byłoby zrobienie dokumentacji powykonawczej tego orurowania. Takie orurowanie gazu ziemnego spotykać można w całej Ukrainie.

[Obrazek: IMG-20210817-WA00691e7a3.jpg]

[Obrazek: IMG-20210805-WA00480a625.jpg]

    W końcu dotarliśmy na duży zamkowy parking z sporą ilością straganów. Z parkingu nie widać chocimskiego zamku, gdyż znajduje się on trochę niżej, w dolinie. Udaliśmy się w jego kierunku przez most, bramę i brukowaną drogę. Niestety zamek był z jakiś powodów zamknięty. Odbywał się tam chyba jakiś solidny remont i zapewne to było przyczyną braku możliwości zwiedzania. Jednakże przepiękny widok na zamek oraz dolinę Dniestru zrekompensował nam tą niedogodność. Można było puścić sobie w tym miejscu wodze fantazji i zobaczyć oczyma wyobraźni nadciągające prze z okoliczne stepy armię osmańską.

[Obrazek: IMG-20210817-WA0067f9e8c.jpg]

[Obrazek: IMG-20210817-WA0065ead34.jpg]

    Tradycyjnie już przed odjazdem kupno pamiątek. Rólka zakupił dla Szfagra dużą, kozacką fajkę, ja zaś chciałem zakupić haftowaną ukraińską koszulę. Niestety nie było już rozmiarów, a sprzedająca pani stwierdziła że to koniec sezonu. Ot dziwne to, że na początku sierpnia już koniec sezonu.
     Dalej plan wyjazdu przewidywał udać się przez Karpaty ukraińskie w kierunku granicy. Plan ten jednak porzuciliśmy w związku z dużą odległością, fatalnym stanem dróg tamtych rejonów, jak i małą ilością urlopu. Stwierdziliśmy, że Karpaty ukraińskie, a więc Użhorod, Tatarów, Wierchowina, Kołomyja i Czerwniowce będą celem kolejnej wyprawy w roku 2022.
     Wróciliśmy więc mostem przez Dniestr i wzdłuż jego doliny udaliśmy się w kierunku miasta Tłuste.  Po kilku kilometrach natknęliśmy się na Okopy Świętej Trójcy (dawniej Okop Góry Świętej Trójcy), czyli twierdzę bastionową nad Dniestrem, u ujścia Zbrucza. Założona ona została w 1692 roku przez hetmana Stanisława Jana Jabłonowskiego. Okopy miały blokować komunikację położonego w odległości 23 km osmańskiego garnizonu Kamieńca Podolskiego z Mołdawią, skąd wyruszały konwoje z zaopatrzeniem dla Kamieńca.

[Obrazek: IMG-20210805-WA00505bdc7.jpg]

[Obrazek: IMG-20210805-WA00457106a.jpg]

   Droga którą poruszaliśmy się w kierunku zachodnim była tragiczna, pełna dziur i łata na łacie. Na Ukrainie zauważyliśmy że istnieją dwie szkoły naprawy dróg. Jedna to porządna robota z zerwaniem całości i zrobieniem odpowiedniej podbudowy, druga zaś to łatanie. Na czym ona polega? Ano jedzie sobie taka polewaczka, którą nazwaliśmy „gówniarka” i zalewa wyrwy płyną smołą – asfaltem zmieszanym z jakimś kruszywem. Przypomina to swego rodzaju plomby. A jak jeździ się po czymś takim, to już sami możecie sobie wyobrazić.
     Wzdłuż drogi rozciągały się olbrzymie pola pszenicy, kukurydzy, słoneczników. Były to kilkusethektarowe obszary, gdzie nie widać było końca. Aby dać odetchnąć zmęczonym rękom zatrzymaliśmy się przy olbrzymim polu słoneczników.

[Obrazek: IMG-20210805-WA0044d14a2.jpg]

     Z uwagi, że zbliżało się już południe postanowiliśmy się posilić. Niestety na jakiś bar w tamtych stronach nie było szans, więc zatrzymaliśmy się w przydrożnym sklepie kupując prowiant w postaci dwóch słoików fasolki, chleba, wody, jakiś słodyczy dla Rólki i Tomka oraz przepysznego kuflowego, schłodzonego kwasu chlebowego. Napój ten należy szczególnie polecić, jest on tam bardzo popularny i lubiany. Nam też bardzo przypadł do gustu, szczególnie zaś z nalewaka.
    Pod sklepem uruchomiliśmy kuchenkę turystyczną i zaczęliśmy podgrzewać fasolkę. Urzędowała tam też wychudzona czarna suka i zapach potrawy spowodował, że przełamała ona obawy i zaczęła podchodzić prosząc o jakieś jedzenie. Z racji, że konserw już nie mieliśmy, a fasolka to nie najlepsza potrawa dla pieska, poszedłem do sklepu i zakupiłem trzy duże serdelki, a raczej ukraińskie serdle. Pies był przeszczęśliwy, na początku nie wiedziała nawet jak zabrać się za ten podarowany posiłek, ale dość szybko przyswoiła całość i wyciągnęła się szczęśliwa i syta na pobliskiej trawie.
    My w tym czasie zjedliśmy swój posiłek i zaczęliśmy szykować się do wyjazdu. W tym miejscu należy wspomnieć o życzliwości mieszkańców tamtych terenów. Właściciel sklepu podszedł, zapytał czy czegoś nie potrzebujemy, zaoferował krzesełka, stolik. Z taką postawą ludzi mieliśmy do czynienia praktycznie przez cały wyjazd.

[Obrazek: IMG-20210805-WA004320160.jpg]

[Obrazek: IMG-20210805-WA00521aedd.jpg]

[Obrazek: IMG-20210805-WA004121484.jpg]

    Kolejne kilometry mijały, a my w każdej wiosce swoim pojawieniem budziliśmy ciekawość. W pewnym miejscu zaczęło jechać  za nami jakieś starszawe Audi A6, wyprzedził nas, pomachał i zatrąbił. My jechaliśmy dalej i dojechaliśmy do remontowanego mostu nad rzeką Seret, w miejscowości Łanowce. Nazwa rzeki była dla mnie znajoma, gdyż wielokrotnie wspominał o niej mój ś.p. dziadek Jan. Strudzeni postanowiliśmy zatrzymać się w miejscowym sklepie, na łyk kwasu chlebowego. Wspomniany wcześniej właściciel Audi podjechał widząc nasze motocykle i zaczęliśmy rozmawiać o Ukrainie. Okazało się że pracował on wiele lat w Polsce jako mechanik samochodowy, dobrze zna nasz język. Mówił, że dużo nauczył się w Polsce z dziedziny mechaniki samochodowej, co pozwoliło mu założyć na Ukrainie warsztat i mieć na chleb.
     Kolejnym tematem, który omawialiśmy to przemiany społeczne po rozpadzie CCCP. Zapytałem kto posiada te tysiące hektarów ziemi, które mijaliśmy na Podolu? Odpowiedział, że oligarchowie z Doniecka i Kijowa, wcześniej mafiosi prowadzący szemrane interesy lub byli pracownicy służb specjalnych. Teraz są szanownymi posiadaczami ziemskimi, zatrudniającymi sezonowo tych biednych mieszkańców Podola. Wypisz , wymaluj lata dziewięćdziesiąte w Polsce.
     Ludzie zamieszkujący podolskie wsie są w posiadaniu maksymalnie kilku hektarów i najzwyczajniej w świecie klepią biedę. Ukazuje to po raz kolejny, że Ukraina to kraj kontrastów. Z jednej strony konie, furmanki, maksymalnie stare zdezelowane kombajny firmy Rostselmash Niva, z drugiej zaś potężne, najnowocześniejsze kombajny i ciągniki  Classy, New Holand, Case, nowe samochody terenowe typu Ford F150, samochody ciężarowe odwożące zboże, potężne silosy.  
     W tym miejscu nie sposób nie wspomnieć o ciekawym fakcie. Na Ukrainie konie zaczynają być wypierane są przez chińskie bądź indyjskie, małe ciągniki z silnikami jednocylindrowymi dieselami  nazywanymi u nas ES. Ogólnie przypominają one nasze SAM-y z lat 70 tych, 80tych aczkolwiek jakościowo bardzo przyzwoite. Ciekawostką jest fakt, że cała moc z koła zamachowego, dużego jak to w silniku typu ES, przekazywana jest na skrzynię przez pasek klinowy. Występują także ciągniki jednoosiowe z doczepianą przyczepką, przypominające nasze ogrodnicze ciągniki Dzik, tyle tylko, że z czterosuwową V-ką. Ot śmieszne to rozwiązanie, ale maszynki pyrkają sobie wesoło po poboczach, wożąc swoich właścicieli i płody rolne.
     Ale wróćmy do naszej wyprawy. Miły właściciel Audi A6 opowiedział nam jeszcze , że posiada zaprzęg MT11 i ma kolegę, który zebrał ze 30 szt. koszowych maszyn. Wśród nich jedną M72 oraz kilka wojskowych MW750, które udało się ”wyrwać” od jakiegoś dziadka, który to nabył je bezpośrednio z wojska. Pożegnał się z nami, życzył szczęśliwej drogi i odjechał wraz ze swoim synem. My zaś udaliśmy się do miasta Tłuste i stamtąd już, choć kawałek nowym asfaltem, w kierunku miejscowości Nyrków. W samej wsi zauważyliśmy kobiety ze straganikami sprzedające ziemniaki, śliwki, miód, pomidory i co tam jeszcze miejscowa ziemia urodziła. Wywołało to nasze niemałe zdziwienie, gdyż potocznie mówiąc to zwykła dziura. Z Nyrkowa to już rzut beretem do wodospadów w Czerwonogrodzie. Jakież było moje zdziwienie, jak na zjeździe w dolinę zauważyłem starego passata i gościa w budce pobierającego opłaty?! 12 lat temu wyjeżdżał tam sobie kto chciał. Jak się później okazało, miejsce to stało się bardzo popularne dla „oddycha” i przyjeżdża tam masę ludzi.
     Zapłaciliśmy więc po około 1,5zł  i zaczęliśmy zjeżdżać stromą drogą w dolinę wodospadów. Trasa miejscami była tak kręta, śliska po deszczu i pokryta kamieniami, że trzeba było bardzo uważać aby nie uszkodzić cylindra. Po kilku minutach znaleźliśmy się u podnóża wodospadów, w Czerwonogrodzie.

[Obrazek: IMG-20210817-WA0073d951e.jpg]

     Przed II wojną światową w Czerwonogrodzie mieszkało około 360 osób, głównie Polacy. W 1944 roku bojówki OUN-UPA (Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów-Ukraińska Powstańcza Armia) dokonały rzezi polskiej ludności. Wraz z pogromem zniknęła miejscowość. Dziś nie znajdziemy już jej na mapie. Z dawnej zabudowy wzgórza ostały się tylko ruiny pałacu i kościoła wynurzające się z zabudowy sowieckiego ośrodka wypoczynkowego. Na stoku zaś dożywają swych dni pozostałości cmentarza i mauzoleum Ponińskich – długoletnich właścicieli Czerwonogrodu.
     Czerwonogród to nie tylko historia ludzi, lecz także natury. Wzgórza otaczające położoną w dolinie miejscowość są utworzone z czerwonego piaskowca. Na wzniesieniu pierwotnie znajdował się zamek wybudowany z tejże skały, stąd ponoć nazwa miejscowości Jednak na tym nie kończą się uroki tego miejsca. Niespełna 500 m od pałacu Czerwonogrodzie znajduje się najwyżej położony w tzw. Małopolsce Wschodniej (określenie używane w okresie dwudziestolecia międzywojennego dla województw: lwowskiego, tarnopolskiego i stanisławowskiego) i zarazem najwyższy na Podolu wodospad – ma 16 metrów wysokości i kilka progów skalnych. Bez odwiedzenia tego miejsca nie można w pełni docenić uroków Czerwonogrodu.

[Obrazek: IMG-20210817-WA00828519e.jpg]

[Obrazek: IMG-20210805-WA005482842.jpg]

[Obrazek: IMG-20210817-WA0074bb88d.jpg]

     A więc zaparkowaliśmy nasze motocykle przy lokalnym sprzedawcy szaszłyków i postanowiliśmy iść zerknąć na owe wodospady. Nasz przyjazd wywołał niemałą sensację, podchodziło dużo ludzi zainteresowanych zarówno nami, tzn. skąd przyjeżdżamy, jak i naszymi motocyklami. Pojawił się między innymi dziadek z Odessy, który pierwszy raz przyjechał w to miejsce. Opowiadał, że ma w garażu MT i podpytywał o gaźniki, zapłon i inne newralgiczne części tych sowieckich maszyn. Był pod wielkim wrażeniem, że pokonaliśmy taki kawał trasy i w dodatku bezawaryjnie.

[Obrazek: IMG-20210817-WA0077684e4.jpg]

[Obrazek: IMG-20210817-WA007887ee5.jpg]

      Przebrawszy się w kąpielówki udaliśmy się na kąpiel pod strugami wody z czerwonogrodzkich wodospadów. W tym miejscu nie ma żadnych ograniczeń tzn. można sobie wchodzić wszędzie, na każdą półkę, kamień. Zażywszy kąpieli udaliśmy się na grillowane ziemniaki i szaszłyk od poznanego wcześniej lokalnego sprzedawcy. W tym czasie pojawił się następny dziadek, który przyjechał Ładą z wnuczkami i zaczęła się kolejna rozmowa na temat naszych sprzętów, ich eksploatacji, naszej wyprawy etc. Ten jednak dziadek miał najlepszą wiedzę na temat sowieckich motocykli, pogadaliśmy więc o wczesnym modelu K750 (na wahaczyku), który to motocykl posiadał, o MT, o szprychach zaginanych, które pękają i wielu, wielu innych aspektach użytkowania tych sprzętów.
      Przebrawszy się z kąpielówek zauważyliśmy, że zaczyna się chmurzyć. I to potwierdziło żelazną zasadę naszego ukraińskiego wyjazdu, że po każdej kąpieli dostajemy drugą dawkę solidnego deszczu. Wjechaliśmy, wcześniej pożegnani serdecznie przez wspomnianego dziadka od Łady i po drodze pod górę do Nyrkowa przebraliśmy się w deszczaki. Zacytowałem wtedy do towarzyszy wyprawy stwierdzenie Sołtysa, podejrzane na  jego profilu f.b.  : „….Pada, a jechać trzeba…”. Hasło to stało się wtedy motywem przewodnim naszej dalszej wyprawy, na początku lekko irytując  Rólkę, ale później notorycznie używane praktycznie do końca wyprawy.
Kolejny przejazd przez Dniestr, kolejne zdjęcia tej przepięknej, majestatycznej rzeki, kolejna ulewa, kolejne zalanie mojego prawego gaźnika i wylewanie z niego wody - to tylko jedne z wielu atrakcji tego popołudnia. 

[Obrazek: IMG-20210817-WA00844cacc.jpg]

[Obrazek: IMG-20210817-WA00832c6fa.jpg]

[Obrazek: IMG-20210805-WA00619042d.jpg]

      Podczas jednego postoju pośród pól zauważyliśmy przydrożny pomnik żołnierzy armii radzieckiej  z 1944 roku. Oczyma wyobraźni można było zobaczyć wojska niemieckie i radzieckie przetaczające się przez te bezkresne tereny.
     Wieczorem wjechaliśmy do Stanisławowa, czyli dzisiejszego Iwano-Frankowska. Miasto bardzo duże, z dużą ilością starych kamienic, dużym ruchem i tradycyjnie tragicznymi ulicami. Naszym celem był jednak motel na północnych granicach miasta. Po półtoragodzinnym przebijaniu się przez miasto i sporym podgrzaniu naszych sprzętów, dojechaliśmy praktycznie do celu, nie mogąc jednak namierzyć wspomnianego motelu. Zjechaliśmy więc na stację benzynową zapytać miejscowych. Dowiedzieliśmy się, że jest on kilka kilometrów dalej, przy giełdzie samochodowej. Postój na stacji uratował nam życie, gdyż w tym momencie zerwała się taka nawałnica t.j deszcz i wiatr, jakiej nie obserwowaliśmy nawet pod Kamieńcem Podolskim. Deszcz znów zaczął padać ze wszystkich stron, wiatr zaczął łamać gałęzie, po ulicach płynęły rzeki wody. Bezpiecznie doczekaliśmy jednak końca tych zjawisk pogodowych i już tylko w deszczu udaliśmy się do naszego celu.

[Obrazek: IMG-20210812-WA0000c7798.jpg]

     Motel okazał się bardzo atrakcyjny, czysty, ze świetną restauracją. Po przebraniu się z przemoczonych ubrań udaliśmy się na tradycyjną kolację z sałem, piwkiem, schłodzoną 50ml i co tam jeszcze człowiek sobie zamarzył.

[Obrazek: IMG-20210806-WA002844def.jpg]

   Tak minął nam kolejny dzień drogi przez Podole.
CDN...
Odpowiedz
#15
Super wyjazd i świetna relacja. Zazdroszczę wyprawy, no może poza deszczami i ulewami, których jak piszesz, nie brakowało.
Odpowiedz


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Zawody w Brannej 2021 (Czechy) brzytwa 3 129 21-09-2021, 06:00
Ostatni post: jbr
Exclamation OPERACJA KRAWAT 2021 10-12.09.2021 mikimoll 7 1,022 10-09-2021, 21:02
Ostatni post: cacek
  Rajd Bzura 2021 AdamBem 1 478 05-07-2021, 20:02
Ostatni post: AdamBem
  wyjazd na Ukrainę - Karpaty 2021 szable 11 933 23-06-2021, 21:26
Ostatni post: andrzeja
  Święto Kosza w Wielkopolsce 2021 Imiołki 3-6.06 jasion 21 2,026 09-06-2021, 17:44
Ostatni post: kozichwost

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości